Życie jest pełne znaków, grunt to je dostrzec i zrozumieć. Warto jest dopatrywać się ukrytych szczegółów lecz trzeba liczyć się z konsekwencjami ...
Kategorie: Wszystkie | Dowcipy ;/ | Twórczość ... | Witkacy
RSS
piątek, 06 października 2006
"JUTRO"

Zawsze istnieje jakieś „jutro”, na które się czeka. Dla każdego jest to inne „jutro”. Dla jednych może to być szóstka w totka, a dla innych chwila, dla której warto jest żyć. Choć stworzeni jesteśmy z tej samej gliny to różni nas coś co siedzi w środku każdego z nas. Jest to „dusza”, która dodaje nam przysłowiowej charyzmy, oraz sił na upragnione „jutro”, które może wszystko zmienić: Nas, otoczenie, a nawet świat. Dlatego warto jest mieć swoje „jutro”, na które będzie się czekać, aż do ostatniej „kropli” jaką jest życie.

 

Co zrobić jak już nadejdzie?

 

Nic.

 

Tylko się cieszyć. Nawet jeżeli radość ta trwać będzie kilka sekund to zawsze warto jest na nią czekać.

Bo nawet gdy stoisz na krawędzi dnia spojrzysz prosto „w twarz” i zobaczysz to upragnione „jutro”, na które tak czekasz!!!

22:49, hapless
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 października 2006
albo...
Życie we współczesnym świecie zobowiązuje nas do przestrzegania pewnych zasad, które odkryłam w wieku 24 lat. Muszę się pogodzić z faktem, iż każdy dąży do swojego szczęścia i myśli o swoich potrzebach, drugi człowiek jest gdzieś dalej, a czasem go wogle nie ma. I nie można mieć do nikogo pretensji. Bo inaczej sie nie da przeżyć! Będę musiała się przystosować do ... tego świata ... albo ...
20:54, hapless
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 września 2006
List

Marek Hłasko "List"

Oczekiwałem na list. Nikt nie pisał do mnie listów; nie miałem nikogo bliskiego; ani tutaj, ani w kraju, ani na całym świecie; byłem już starym, samotnym człowiekiem. "Ba! - myślałem sobie nieraz. - Przecież nie wszyscy mogą mieć bliskich: to naturalne; a ludzie samotni są także potrzebni, aby inni rozumieli, jak straszną rzeczą jest samotność, i starali się przed nią uchronić". Lecz mimo to czekałem na list. Wiedziałem, że nie nadejdzie on nigdy, lecz niemożliwe wydawało mi się, aby nikt z żyjących na świecie pewnego dnia nie zechciał napisać do mnie listu. Ludzie najbardziej nawet nieszczęśliwi nie wierzą nigdy w c a ł k o w i t o ś ć swego nieszczęścia, potrzebna im jest maleńka szpareczka, dzięki której mogą oddychać; tak samo jak chyba z samotnymi; zawsze mamy maleńkie okienko, przez które kogoś wyglądamy. Ja czekałem na list.

Dom, w którym zamieszkiwałem śmiesznie mały pokój, był jednym ze starych domów na przedmieściach naszego miasta. Był to dom o poczerniałych ścianach, wytartych schodach i zielonym od wilgoci podwórku. Na dachu tego domu kilku wyrostków założyło hodowlę gołębi; mniejsi chłopcy biegali po podwórku bawiąc się, odkąd pamiętam, w tę samą zabawę - złodzieja i policjantów; dziewczynki skakały przez sznurek oraz grały w niebo i piekło; latem w słońcu śpią tłuste koty; zawsze pachnie kapusta i mokra bielizna. Od czasu do czasu stróż upija się i gra na harmonii; wtedy dzieci zbiegają się i otoczywszy go kołem, patrzą, jak zręcznie przebiera grubymi palcami po klawiszach, a pewien łysy tapicer wychyla z okna swoją głowę i prosi: "Zagraj "Klaryssę", Franciszku!"; wtedy stróż rzuca mu spojrzenie pełne słodkiej zadumy i gra to smutne i dziwne tango. dzień zaczyna się tu wcześnie; połowa mieszkańców domu pracuje w pobliskiej fabryce odlewów i już od piątej rano tupie po schodach; o siódmej obydwaj krawcy puszczają w ruch swoje maszyny; szewc straszliwym basem wymyśla swemu czeladnikowi, który jest bardzo piegowaty, ma niepokojąco podobne do nietoperza uszy i - jak twierdzi szewc - jest "potomkiem kretyna i sowy"; u tapicera stukają młotki, do warsztatu naprawy samochodów zjeżdżają pierwsze taksówki, a stróż ziewa i podciągając spodnie, wychodzi z miotłą na podwórko. Życie ma tutaj jedną twarz.

Listonosz - pan Gołębiowski - zjawiał się tu około godziny dwunastej; o tej godzinie śpiewały już wszystkie kucharki, wszystkie dywany już przetrzepano i swąd obiadów dolatywał z każdego okna. Już z daleka widziałem, jak listonosz nadjeżdża na swym rozklekotanym rowerze; jedną ręką trzyma za kierownicę, drugą - wyciąga list ze swej ogromnej torby. Wtedy wszyscy schodzą na podwórko, gdyż listonosz - tak jak i ja - jest starym człowiekiem i ciężko mu wspinać się po stromych schodach. Nakłada na nos okulary i odczytuje nazwiska:

- Siemiątkowski!

- Jaszczyk!

- Malinowska!

Wszyscy odbierają swoje listy i odchodzą. Wtedy ja pytam:

- Czy nie ma nic dla mnie?

- Nie - odpowiada listonosz. - Nic dla pana dzisiaj nie było. Może jutro będzie.

- Niech pan zobaczy jeszcze raz - proszę. - Wie pan, jak to jest; czasem się zapomina. Czasem się zdaje, że nie ma już nic, a potem dopiero spostrzega się przypadkowo, że jednak jeszcze coś pozostało. Niech mi pan wierzy, że tak doprawdy bywa. Proszę zobaczyć jeszcze raz.

Listonosz sięgał do torby, lecz twarz jego wyrażała bezgraniczne powątpiewanie. Długo grzebał, potem mówił:

- Nie, dzisiaj nie było dla pana listu. Może jutro będzie. Czeka pan?

- Tak - odpowiadałem. - Czekam. Oczywiście że czekam. Ma do mnie ktoś napisać, ale on mieszka bardzo daleko stąd. Wie pan, jak się daleko mieszka...

- Oczywiście - mówił listonosz. - Moi bliscy także mieszkają bardzo daleko stąd. O, nawet pojęcia pan nie ma, jak daleko. Trudno, musi pan poczekać. Może jutro przyjdzie już ten list.

- Będę czekać - mówiłem. - ten list na pewno do mnie przyjdzie; niech pan tylko dobrze uważa na poczcie. Już ja pana o to bardzo proszę! Będę czekać.

- Tak trzeba - odpowiadał listonosz. - Przecież zawsze czeka się na jakiś list.

Salutował mi i odjeżdżał. Widywaliśmy się co dzień; widywaliśmy się co dzień przez wiele lat. Latem przyjeżdżał zgrzany, sapiąc jak lokomotywa; zimą piękne wąsy jego sztywniały od lodu; jesienią był smutny i zgnębiony, ociekał deszczem, a rower jego ochlapany był strasznie błotem i przybywało mu rdzawych plam; wiosną on chyba pierwszy w naszym mieście rozpinał koszulę i widziałem siwe i ogromnie gęste włosy na jego twardej piersi. Przeszło wiele wiosen; czeladnik od szewca założył już własny warsztat, ożenił się i z dziesiątego podwórka słyszałem, jak takim samym basem wymyśla swemu pomocnikowi; chłopcy, którzy bawili się tu niegdyś w złodzieja i policjantów, służyli teraz w wojsku i stamtąd pisali krótkie, chaotyczne listy do dziewcząt, które skakały niegdyś przez barwny sznureczek, a teraz były już wysokie, chodziły w kwiecistych sukienkach i ozięble odpowiadały swoim matkom, że one przecież nie pytały ich o zdanie w kwestii swego zamążpójścia. Stróż przygłuchł i mylił teraz tony dziwnego tanga, a tapicer coraz częściej trafiał młotkiem we własną rękę. Pytałem:

- Czy jest jakiś list dla mnie?

- Nie - odpowiadał listonosz. - Dziś, proszę pana, nie było nic. Zapewne będzie jutro.

- Czy sprawdził pan dobrze? - pytałem.

Listonosz robił urażoną minę i odpowiadał:

- Ja zawsze sprawdzam dobrze, proszę pana. Musi pan czekać.

- Oczywiście - mówiłem. - Będę czekać.

- Tak trzeba. Przecież zawsze czeka się na jakiś list. One rozmaicie przychodzą; przecież ludzie piszą z bardzo daleka. Czasem trzeba długo czekać na list.

Miałem żal; miałem żal do wszystkich mieszkańców tego domu, którzy otrzymują listy; nienawidziłem ich twarzy w chwili, gdy z rąk listonosza odbierali swoje listy. Wydawało mi się, iż słowa zawarte w tych listach odebrano mnie, że należą one do mnie, ja powinienem je czytać - płakać nad nimi lub śmiać się - i że tylko przez jakiś niezrozumiały dla mnie przypadek listy te trafiają do obcych rąk, podczas gdy naprawdę każdy z nich należy do mnie. Przypomniałem sobie wszystkich ludzi, jakich znałem w życiu; odżywały we mnie dawne przyjaźnie, krótkie chwile spotkań z tymi, których twarzy nie mogę sobie dziś już przypomnieć. Długo myślałem o pewnej kobiecie, którą darzyłem ogromną miłością w wieku lat dwudziestu. Przez wiele dni umysł mój zaprzątał wizerunek pewnego człowieka, z którym przyjaźniłem się kiedyś gorąco, i wydawało mi się, że człowiek ten napisze do mnie. Osiągnąłem nawet swego rodzaju cudowną pewność, iż lada dzień otrzymam list od tego człowieka; odżywały we mnie wszystkie dobre i złe chwile, jakie z nim przeżyłem: kłótnie, spacery, nocne rozmowy, dyskusje i wyznania; wywoływałem z oddali jego gesty, słowa i uśmiechy. I wiedziałem, że to on, tylko on napisze do mnie list. Tak było przez wiele dni; potem uprzytomniłem sobie, że człowiek ten umarł wiele lat temu, a ja sam rzuciłem pierwszą garść ziemi na jego grób.

O, tak! Te listy, które przynoszono tutaj, kradziono mnie; czułem to. Jestem starym człowiekiem; każdego dnia ze zdziwieniem witam słońce na niebie; wiem przecież, że blisko mi już do śmierci; wiem, że gdybym dostał w końcu list - nie umierałbym samotnie. Nienawidziłem ludzi dostających listy: było to uczucie człowieka, który czuje szczęście innych, a sam nie potrafi się do nich przytulić; jest to dręczące uczucie miłości i nienawiści.

"Cóż oni robią z tymi listami? - myślałem. - I na cóż im w ogóle listy? Oni mają domy, dzieci; wokół nich kręci się wielu ludzi - ja czekam tylko na list".

Wiedziałem już, kto i od kogo w kamienicy otrzymuje listy. Wiedziałem, że pewna ruda dziewczyna, która tak chętnie przesiaduje z książką na balkonie, otrzymuje listy od narzeczonego. Przebywa on w dużym, dalekim mieście; listy jego przychodzą w błękitnych kopertach; na każdym arkuszu listu rysuje on kółko tam, gdzie pocałował papier; dziewczyna podnosi te listy do ust i uśmiecha się. Zadzierzysty starszy pan - jest z zawodu księgowym, mieszka na pierwszym piętrze i całe niedziele chodzi w kalesonach po mieszkaniu - otrzymuje listy od swego brata, który jest również księgowym; piszą oni do siebie wyłącznie o sprawach zawodowych. Schludna jak myszka staruszka dostaje listy od syna z wojska; niedowidzi ona już i to ja jej odczytuję te listy; staruszka chlipie i zawsze pokazuje mi fotografie swego syna. Jest to duży i ładny chłopiec; staruszce jest bardzo przykro, że obcięto mu w wojsku włosy, a ona ich nie ma; od dzieciństwa przechowywała jego włosy.

A do mnie nikt nie pisał listów. Pytałem:

- Czy przyszło dziś coś dla mnie?

- Nie - odpowiadał listonosz. - Dziś nie było nic, może jutro będzie coś dla pana. Musi pan czekać.

W końcu zauważyłem, że listonosz unika mnie; unika mnie, nie patrzy mi w oczy, szybko się żegna i opryskliwie odpowiada na moje pytania. Nie wiedziałem dlaczego; byłem przerażony; listonosz był przecież jedynym człowiekiem, który mógłby pewnego dnia przynieść mi nadzieję. Nie wiedziałem dlaczego i bałem się spojrzeć w twarz temu człowiekowi; zrozumiałem to dopiero wówczas, kiedy przypadkowo usłyszałem rozmowę, jaką prowadził on z pewną kobietą. Listonosz mówił:

- Ja nie mogę jeździć do tego człowieka. On tak czeka na ten list. Ja mu nie przynoszę nadziei. Czy pani wie, co to jest nie przynieść człowiekowi nadziei? To gorzej, niż go oślepić i zabić. Ja wiem, że on czeka na tę nadzieję, i to ode mnie. Ja nie mogę z nim rozmawiać; ja czuję, że sam nie powinienem żyć. Cóż jest warte własne życie, jeśli się innym nie przynosi nadziei?

Za parę dni listonosz przywiózł mi list. Jechał tego dnia bardzo szybko po krzywym bruku naszej ulicy; wołał mnie już z daleka; niecierpliwie odepchnął innych i wręczył mi list. Potem wyjął z torby butelkę wina, podał mi ją i rzekł:

- Trzymaj pan butelkę! To wino kupiłem i powiedziałem sobie, że wypijemy je z panem wtedy, kiedy dostanie pan ten swój list. Po robocie zajdę do pana i wypijemy je. To będzie dobre wino; to jest stare wino. Ale czegóż pan płacze?

- Do diabła! - rzekłem. - Do diabła! Czy nie wie pan tego, że zawsze czeka się na jakiś list?

Odpieczętowałem go. Długo patrzyłem na rządki liter skaczące mi przed oczami, nim to wszystko ułożyło się w jakiś sens. "Nie przerywaj łańcuszka szczęścia - czytałem. - Przepisz ten list w dziesięciu egzemplarzach i poślij go swoim znajomym. Do każdej koperty włóż dwa złote. Nie przerywaj łańcucha szczęścia!..."

Opuściłem rękę i osłupiałym wzrokiem patrzyłem na listonosza.

- Grunt, że się pan doczekał - rzekł. - To najważniejsze. Przyjdę do pana po robocie.

Wsiadł na rower i odjechał. 

1955


:(


21:31, hapless
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 września 2006
Zakątki Ursynowa

Pewnego razu postanowiłam z koleżanką powłuczyć się po Ursynowie. O to efekty tej wyprawy

Na samym początku wpadłyśmy na powyższego pająka, który złapał na swoją pajęczynę biedną muszkę. A potem natrafiłyśmy na ....

Lekko zdziwione poszłyśmy dalej ...

Zobaczyłyśmy śmieszny blok w kształcie trójkąta. Gdy zrobiło się ciemniej wpadłyśmy na ten wspaniały kościół.

Naprawdę nie sądziłam, że Ursynów jest taki interesujący...

23:56, hapless
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 września 2006
Bezradność

Nie radzę sobie w trudnych sytuacjach. Od jakiegoś czasu otoczona jestem sytuacjami bez wyjścia. Cała trudność życia mnie przerasta. Jestem bezsilna. Trudność ta opiera się na różnych aspektach mojego życia, począwszy od problemów rodzinnych, w pracy kończąc na bezsilności wobec brutalności i przemocy.

Nie znoszę bezradności. A ona mnie teraz owładnęła. Cokolwiek bym nie zrobiła byłoby źle. Dlatego najlepiej jest nic nie robić tylko, że ja tak nie umiem. Zadręczam się. Próbuje znaleźć odpowiednie wyjście z sytuacji nawet jak go nie ma. I zauważam, że tracę kontrolę nad własnym życiem. Podobno wola działania i czas goją wszystkie rany, mam nadzieje, że to prawda.  

..........................................................................................................

..........................................................................................................

12:40, hapless
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 września 2006
Spać

Nienawidze wstawać!!! Najchętniej przespałabym całe swoje życie oby tylko się nie obudzić.Nie znoszę otwierać oczu i wstawać z łóżka półprzytomna.Kocham spać, spać, spać, spać. Lece do pracy ;(

10:24, hapless
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2006
Błędne koło

Nie mam swojego życia poniekąd z wyboru. Od dłuższego czasu żyję życiem znajomych. Wysłuchuje ich problemów, służę dobrą radą. Po prostu staram się im pomóc zapominając o sobie. Do dnia dzisiejszego wydawało mi się, że to mi pomaga, bo wtedy skupiam się na czymś innym, odrzucam swoje problemy z przeszłości. I to rozwiązanie było dobre. Aż za dobre!!! W tych ostatnich dniach tak bardzo skupiłam się na życiu innej osoby, że w pewnym momencie zaczęłam sądzić, że jej życiowe problemy mnie dotyczą. Nawiasem mówiąc, że ja jestem nią. Przestraszyłam się. Tak bardzo, że dzisiaj podczas naszej rozmowy nie potrafiłam nic poradzić. Poprostu tylko ją słuchałam, a gdy zapytała się co ma robić odpowiedziałam bezradnie: nie wiem... Źle się czuję z tym, że powiedziałam jej nie wiem oraz z tym, że przez chwile myślałam, że jestem nią.

Czuję, że z moim umysłem jest coś nie tak. Wariuje i nie wiem co robić.

Żyję życiem innych a nie swoim, bo swojego nie mam poniekąd z wyboru. Praca, dom, praca to dla mnie nie jest życie i gdyby nie znajomi, z którymi spędzam wolny czas czułabym że mnie nie ma. Tylko, że teraz życie znajomych staje się w moim umyśle moim życiem i powstaje błędne koło. O ludzie może to tylko dzisiaj mam te koło. Oby bo nie wytrzymam.

"Błędne koło" J.Malczewski

23:29, hapless
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 sierpnia 2006
Stoję nad przepaścią...

Stoje w miejscu, analizuje przeszłość. Zastanawiam się gdzie popełniłam błąd.

Wiele głupstw się dopuściłam...Ale może dzięki nim jestem tym kim teraz jestem. Sama nie wiem.

Lecz jest kilka momentów, których nie powinno być. Gdyby można było cofnąć czas to pewno nie dołowałabym się teraz swoimi nieodpowiedzialnymi czynami z przeszłości, które przyczyniły się do rozpadu moich pierwszych związków.

Te nieodpowiedzialne czyny przyczyniły się do tego, że nie myśle o nikim innym. Zamknęłam się w przeszłości. W moim życiu panuje marność (vanitas vanitatum et omnia vanitas). Trwa to już prawie rok. Nie mam siły ruszyć, stawić życiu czoło. Jestem zmęczona samą sobą. Użalam się tylko nad sobą to tylko potrafie. Jedyne światełko w moim tunelu jest takie, że doszłam sama do takich wniosków.

Lecz co dalej ...


Polecam ten kawałek!!!

Odchodze Sam - Kamienne Ogrody

Jutro odejdę gdzieś daleko
Jestem zmęczony tym co wokół
Nie mogę oddać reszty siebie
Twój wzrok przeszywa moje serce

Gdy odchodzę, Gdy odchodzę jestem sam
Choć się boję, Nie zawrócisz mnie już tam
To nie łatwe, lecz zawiodłem wszystkich Was
Stojąc nad przepaścią chciałbym cofnąć czas

Wzmaga się ból, okropny ból
Chciałbym coś zmienić lecz nie tu
Wiem, że to znasz i wiem co czujesz
Jedyna myśl by wreszcie uciec

Gdy odchodzę, Gdy odchodzę jestem sam
Choć się boję, Nie zawrócisz mnie już tam
To nie łatwe, lecz zawiodłem wszystkich Was
Stojąc nad przepaścią chciałbym cofnąć czas

00:01, hapless
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 sierpnia 2006
A może by tak...

Jestem za rozmowami z nieznajomymi na przystanku. Czemu żyjemy w takich czasach, że gonimy za własnym cieniem. I nie próbujemy miło spędzić czas na pogaduszce z nieznajomym bądź z nieznajomą na ulicy.

Od dzisiaj jak ktoś was zaczepi na ulicy i będzie chciał pogadać i ma 164 wzrostu to będę ja.

Więc uważajcie :)

19:21, hapless
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 sierpnia 2006
Biografia

Stanisław Ignacy Witkiewicz, pseudonim Witkacy urodził się 24 lutego 1985 roku w Warszawie. Zmarł 18 września 1939 roku w Jeziorach na Polesiu.

Był synem malarza i pisarza Stanisława Witkiewicza i Marii Pietrzkiewicz, nauczycielki muzyki.

Nie chodził do szkoły. Jego edukacją zajmował się ojciec, który sprowadzał mu do domu wybitnych korepetytorów. On też ukształtował w młodym Stanisławie Ignacym zainteresowanie sztuką i literaturą. Takie wychowanie wpłynęło na późniejsze zachowanie syna, który buntował się przeciwko zaleceniom ojca.  Szukał własnej drogi i nią podążał.

Brał udział w walkach I wojny światowej.

W roku 1917 roku przyłączył się do grupy "formistów" i brał udział w jej wystawach. Dwa lata później wydał swoje główne dzieło estetyczne Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia zawierające Teorię Czystej Formy. Ta teoria estetyczna (bo nie był to program w przeciwieństwie do ówczesnych, licznych, nowych kierunków artystycznych) zdeterminowała jego późniejszą twórczość malarską oraz teatralną.  I chociaż teoria ta stanowiła najlepszy opis tego, co się wówczas w sztukach plastycznych działo to pozostała właśnie niezrozumiana, budząc szerg nieporozumień.

Około 1926 roku Witkacy zrezygnował zupełnie z malarstwa olejnego. Ograniczył się do wykonywania pastelowych portretów w ramach tzw. "Firmy portretowej St.I.Witkiewicz". Portrety te zostały podzielone na 5 typów, w zależności od usytuowania na skali: naturalizm - Czysta Forma. Te ostatnie, wykonywane niegdyś pod wpływem narkotyków, a później "na trzeźwo", przyniosły mu sławę.

Witkacy skategoryzował swoje portrety w pięciu podstawowych typach: od A do E.

Typ A: osoba portretowana była przedstawiona bardzo dokładnie, bez przerysowań, bez cienia karykaury, jedynie tło portretów typu A było bardzo fantastyczne: dziwne postacie zwierzęce, bujna i niespotykana roślinność itp.

autopotret

Typ B: również dokładne ujęcie portretowanego, jednak z niewielką dozą podkreślenia charakterystycznych cech portretowanego.

Typ C: przeznaczony głównie dla przyjaciół i znajomych, artysta wykonywał je na spotkaniach towarzyskich, czasami pod wpływem narkotyków, dlatego też na portretach typu C istnieją również dopiski takie jak Co - co oznaczało, że artysta tworzył pod wpływem kokainy, Et - eteru, Eu - eukodalu, portrety tego typu charakteryzowały się dużą dozą karykatury.

 

Typ D: To samo co w Typie C jednak bez bez pomocy jakichkolwiek środków odurzających

Typ E: zupełna dowolność w portretowaniu: czysta forma

Oprócz wymienionych powyżej głównych typów, sa również portrety będące połączenie dwóch typów, na przykład A+E.

Dodatkowe znaki na obrazach Witkacego Witkacy bardzo często na swoich obrazach (najczęściej portretach) dopisywał podwpływem czego tworzył, ale nie tylko. Na jego obrazach można więc zauważyć takie oznaczenia:

FBZ - fajka bez zaciągania

FZZ - fajka z zaciąganiem

NP 12 - nie palił 12 dni

NP 3- nie pił 3 dni

cof. - pił kawę

pyfko, pywo - piwo

Mimo ówczesnych niepowodzeń inscenizacyjnych jego sztuk teatralnych, Witkacy nie zrezygnował z dalszego ich pisania. Jego sztuki doczekały się udanych inscenizacji dopiero w latach 70. XX wieku, np. Szewcy. Witkacy był także płodnym pisarzem. Po młodzieńczej powieści 622 upadki Bunga, czyli demoniczna kobieta napisał Pożegnanie jesieni i Nienasycenie. Działał bardzo aktywnie jako filozof. W 1935 roku ukazało się jego podstawowe dzieło filozoficzne: Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia - zwane przez niego "hauptwerkiem".

We wrześniu 1939 roku, po inwazji hitlerowskich Niemiec na Polskę, Witkacy opuścił Warszawę i uciekał wraz z innymi mieszkańcami na wschód. Nazajutrz18 września 1939 roku, we wsi Jeziory na Podolu, Witkacy popełnił samobójstwo podcinając sobie żyły.

 
1 , 2 , 3
Darmowe Liczniki dla Twoich stron! WWW.LICZ.PL